• Wpisów:18
  • Średnio co: 152 dni
  • Ostatni wpis:7 lata temu, 09:11
  • Licznik odwiedzin:3 091 / 2892 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Ktoś wszedł na plac zabaw dla dzieci z groźnym białym psem. Mój pies był szary i nie mniej agresywny. Właściwie moje obawy, że obcy pies zje mojego były bezzasadne. Kiedy właścicielka psa podeszła razem z nim do mnie zaobserwowałem dziwne zdarzenie. Obcy pies uśmiechał się do mnie, potem mrugnął swoim wielkim, żółtym kocim okiem i powiedział zalotnie, że jestem bardzo miły. Odpowiedziałem mu równie szczerze, że on też jest miły.
  • awatar Inkalati: fajnie fajnie ;) wpadaj :)
  • awatar PoziomkaBiżuteriana: Aż mi się coś dziwnego w mózgu porobiło, jak przeczytałam kilka wpisów xD są abstrakcyjne, a jednocześnie tak realnie napisane... O_o Będę zerkać częściej :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Pojechaliśmy do rodzinnego miasteczka K. Chodziłem po okolicznej dzielnicy, aż zaszedłem do jego starej szkoły podstawowej. Była zdewastowana, lecz mimo tego uczniowie się w niej uczyli.
Przechadzając się po korytarzach zauważyłem swojego starego kolegę z treningów. Od pasa w górę był nagi, a piersi miał pocięte nożem w celach leczniczych. Wydawało mi się, że miał jakiś rodzaj grzybicy lub oparzeń. Zapytałem go co się stało, on jednak zaczął płakać, nie powiedział nic. Zrozumiałem, że jest to kara za wszystkie złe występki jakie uczynił podczas swojego dotychczasowego życia. Zacząłem mu współczuć, poszliśmy więc do szklanego posągu,który stał w szkole. Na jego szczycie umieszczona była skrzynka, w której znajdowała się miniaturowa, żywa świnka.
Upadliśmy na kolana i zaczęliśmy przepraszać oraz prosić o wybaczenie. Zalani łzami, na kolanach wyszliśmy z sali.
 

 
Błąkaliśmy się z A. i moją córką po jednej z dzielnic Poznania. Był późny wieczór i weszliśmy do opuszczonego budynku, który wyglądał na zdewastowany. Szukaliśmy jednak tam sauny. Nie znaleźliśmy tam nic, poza porozrzucanymi butelkami i innymi odpadkami.
Córkę położyłem przy ścianie, żeby się przespała. Staliśmy jakiś czas w środku. W pewnej chwili weszło kilku lokalnych chłopaków. Chcieli nas okraść lub sterroryzować, jeden z nich miał nóż. Od razu do niego doskoczyłem i wbiłem mu jego narzędzie w brzuch, a następnie każdego z nich po kolei zacząłem okładać. Wszyscy byli martwi, więc musieliśmy stamtąd uciekać, obawiając się policji.

Po jakimś czasie cała okolica zamieniła się w środkowoazjatycki step. Nie było już osiedla, sklepów itd., poza tym jednym, opuszczonym i zdewastowanym w przeszłości budynkiem.
Był on teraz odnowiony, pomalowany na biało, sprawiał wrażenie rodzinnej oazy.
Dookoła było wielu ludzi z naszego plemienia, kobiety i dzieci razem oraz mężczyźni nieco na uboczu, w oczekiwaniu na nadejście czegoś nieznanego.
W pewnym momencie przed naszymi oczami ukazał się niesamowity i napawający strachem obraz. Obce plemię ludzi po części skorpionów, po części os siedziało w wielkiej muszli. Jak w amfiteatrze każdy miał swoje krzesełko, a u szczytu tej niezwykłej budowli siedziała czerwono odziana królowa z wielkimi, kocimi pazurami i bujną czarną czupryną na głowie. Grożąc nienawistnie w naszą stronę szarpała powietrze rękami, nikt z nas się jednak nie zląkł. Staliśmy i obserwowaliśmy nieprzyjaznych przybyszów. W pewnym momencie muszla uniosła się jak helikopter wznosząc w powietrze suchy stepowy piach. Wiedzieliśmy, że sytuacja może się powtórzyć, ponieważ ich miejsce zamieszkania niczym ich nie ogranicza.
Wracając do domu śpiewaliśmy patriotyczne, ludowe pieśni o dzielnych wojach, którzy po wyprawie udają się do sauny by zregenerować ciała.
Przez cały czas moja żona i córka były blisko.
 

 
Nieopodal naszego domu, położonego w opustoszałej, zdewastowanej dzielnicy przemysłowej
przepływa brudna rzeka-ściek.
Postanowiłem ją osuszyć za pomocą wielkich pomp.
Gdy jej poziom spadł do około pół metra wszystkie żyjące w niej ryby zaczęły się dusić i wychodzić na brzeg. Widok był skądinąd apokaliptyczny. Karpie, sumy, węgorze pokryte oleistą cieczą błagały abym przestał.
 

 
Do pokoju wpadł szerszeń, który po chwili usiadł mi na szyi. A. starała się go zdmuchnąć, ale on trzymał się bardzo mocno.
Zaczął mówić mi do ucha: "Jesteś potomkiem afrykańskich rebeliantów, Twoja krew jest bardzo cenna"...po czym ugryzł mnie.
Po chwili zamienił się w nabitego kolesia w dresie, w angielskim stylu. Z uśmiechem odszedł, a ja poprzysiągłem zemstę.
Zaczaiłem się na niego w przejściu podziemnym prowadzącym do szybkiego tramwaju. Kiedy wyszedł wbiłem szpikulec w jego brzuch. On tylko się uśmiechnął, podniósł bluzę pod którą była drewniana deseczka do krojenia.
Czułem się pokonany.
 

 
Razem z grupą przyjaciół wyruszyliśmy na wyspę zamieszkaną przez Avatarów. Chcieliśmy wykraść od nich próbkę do badań biologicznych, która miała nam pomóc w rozwoju cywilizacji. Podczas próby wejście na teren wyspy zostaliśmy otoczeni przez mieszkańców i brutalnie pobici. Tylko dwóch z nas przeżyło. Uciekliśmy jakoś i po pewnym czasie postanowiliśmy, za namową mojego towarzysza, wrócić po tajemniczą próbkę. Była noc, musieliśmy długo iść pod górę i kiedy już mieliśmy fiolkę ze złotym płynem doszło do mnie, że znajdujemy się w tragicznym położeniu. Całe otoczenie działa na naszą niekorzyść, a mieszkańcy są szybsi i sprawniejsi, więc bez trudu nas złapią.
Gdy zbiegliśmy na dół okazało się, że mamy przed sobą wielką, rwącą rzekę. Do dyspozycji mieliśmy tratwę wielkości drewnianej palety i włócznie, którymi odpychaliśmy się od dna. Powolutku zaczęliśmy się oddalać, słysząc za nami nienawistne okrzyki tubylców.
Rzeką stawała się coraz płytsza, aż w końcu zamieniła się w suchą polną drogę. Odrzuciliśmy tratwę na bok i zaczęliśmy maszerować.
Nasze włócznie zamieniły się w proste patyki, z których od dołu wyrastały świeże pędy korzeni.
 

 
Pojechałem zapisać córkę do szkoły na Grunwald. Kiedy dojechałem na miejsce przez budynkiem (a był to późny wieczór) stał tłum ludzi, więc ustawiłem się grzecznie w kolejce.

Zaczął padać delikatny deszcz, więc chciałem się schować w środku. Gdy wszedłem do sali stanąłem przed komisją przyjmującą wnioski do szkoły. Otrzymałem kwestionariusz, w którym musiałem wypełnić śmieszne rubryki takie jak: proszę wskazać symbol świąt pośród obrazków poniżej - a tam kilka choinek, ale tylko na jednej gwiazdka, lub proszę wskazać najkrótszą drogę z punktu A do punktu B i za pomocą ołówka zmierzyć odległość. Musiałem też podrobić podpis A., bo wnioski mogą składać tylko mamy. Po jakimś czasie znudziło mi się wypełnianie papierków i powiedziałem, że idę się przejść.

Wyszedłem na mokrą ulicę. Po około 100 metrach bezcelowego spaceru (o ile oddychanie i puszczanie bąków nie jest celem) zacząłem wracać. W pewnym momencie wyjąłem z kieszeni monetę 5 zł i rzuciłem w prawo. Gdy ją podnosiłem zauważyłem na bruku drugą monetę 5 zł. Uradowałem się niezmiernie. Przeszedłem kilka kroków i znowu zobaczyłem monetę. Rzuciłem jeszcze raz i znalazłem pęk kluczy do domu (ze stalowym, wielkim brelokiem w kształcie herbu). Rzuciłem ponownie i znowu znalazłem monetę. Później znalazłem kolejny pęk kluczy (z plastikowym brelokiem w kształcie szczypiec kraba).
Na koniec jeszcze jedną monetę - 5 zł oczywiście.

Wszedłem do szkolnej sali i zacząłem opowiadać komisji o swoich niezwykłych przygodach. Wyciągałem z kieszeni monety i znalezione klucze, jednak poza jedną pięciozłotówką i grosikami nic więcej nie miałem. A więc to mi się wszystko wydawało? A może zniknęło w międzyczasie?

Komisja patrzyła na mnie jak na wariata.
 

 
Kolega z pracy A. chciał kupić matryce z wzorami koszulek za 20 zł. Ponieważ mnie bardzo namawiała zgodziłem się, więc umówiłem z nim się na transakcję w jakimś garażu niedaleko mojego domu. Ten miły koleś przyjechał z mamą, ja jednak w międzyczasie się rozmyśliłem. Więc mówię mu, że nie sprzedam mu tego bo to jest mój jedyny wzór i jeśli mu oddam matrycę (która nota bene wyglądała jak wykrojnik poligraficzny) to on będzie miał wszelkie prawa do moich pomysłów. Musiałbym dostać 100 zł.
W tym momencie jego matka wpadła w szał. Zaczęła na mnie krzyczeć, oskarżać mnie, że marnuję ich czas, że wszystko już jest zorganizowane...Ten chłopak był bardzo miły i trochę mu było głupio za mamę. Pospiesznie oddaliłem się z tamtego miejsca.

Tak zacząłem życie samotnika. Przyłączyłem się do grupy ludzi pochodzących z różnych subkultur. Skinheadzi, rockabilly, harleyowcy, jakieś alternatywne klimaty. Właśnie grali koncert, a ja zacząłem popadać w konflikt z dziewczynami ze sceny.

W pewnym momencie wokalistka wzięła do ręki rewolwer i wycelowała we mnie krzycząc coś o frajerstwie, zdradzie i tym podobnych. Szybko do niej doskoczyłem, wykręciłem rękę, przygwoździłem do ziemi i obróciłem lufę w jej stronę. Jej głowa nie była już głową tylko korpusem od lustrzanki z dziurą na obiektyw. Wsadziłem w nią lufę i po kilkakrotnym naciśnięciu cyngla wystrzeliłem, a z aparatu chlusnęła woda.

Musiałem się szybko ewakuować. Zaczęli mnie ścigać, wziąłem więc do obrony dwa kije bilardowe - czarny i biały - przełamałem na pół i pobiegłem dalej. Od tej pory miałem świadomość popełnionej zbrodni i moje kolejne doświadczenia były z tym powiązane. Kije w międzyczasie porzuciłem...

Znalazłem się w Rzymie. Przechadzałem się pomiędzy ruinami starożytnych budowli. Obserwowałem rzesze turystów oraz szczęśliwą młodą parę podczas sesji zdjęciowej. Nieopodal był wielki, nowoczesny hotel, do którego ta para i ja się udaliśmy. W międzyczasie poznałem grupę trzech złych ludzi. Jeden z nich był inteligentny, zajmował się planowaniem i zarządzaniem grupą. Drugi był raczej głupi i skrajnie brutalny, a trzeciego nie pamiętam - może to byłem ja?

A więc wkradliśmy się do apartamentu nowożeńców. Czekaliśmy w jakimś zawieszeniu. Gdy przyszła młoda para już wiedziałem co się stanie. Moi towarzysze zamordowali ich z zimną krwią po to tylko żeby zostać w tym pokoju i planować kolejne zbrodnie. Nie zrobiłem nic, wiedziałem że jestem współwinny.

Zostałem na jakiś czas sam w apartamencie pracując przy komputerze. Kiedy wrócili ze spaceru jeden z nich (ten głupszy) zaczął opowiadać jak to skręcił kark jakiemuś psu i dziecku 2,5 letniemu. Mówił o tym jako czymś zabawnym i całkowicie normalnym. Zginęło w sumie 5 osób - nie widziałem tych morderstw, ale słyszałem o tym od ludzi rozmawiających ze sobą na korytarzach hotelu. Wszyscy ci ludzie chcieli się wprowadzić do naszego pokoju hotelowego.

Podszedłem do wielkiego przeszklonego holu. Piętro niżej stała grupa ludzi. Rozpoznałem jedną z dziewczyn, opłakiwała śmierć kuzynki - uzmysłowiłem sobie, że pośród ofiar jest moja dawna przyjaciółka. Postanowiłem wrócić do pokoju i uciąć ten chory wątek, ale było już za późno. Widziałem jak policja łapała na korytarzu moich kompanów.

Uciekłem na obrzeża hotelu, szukałem ubikacji, ale nic nie mogłem znaleźć. Znowu spotkałem A. Pracowała w tym hotelu i była mi bliska. Otworzyła przede mną drzwi i ukazała się przede mną kosmiczna przestrzeń. Powiedziała żebym włożył na siebie kombinezon, który był wielkości mojej ręki, więc zacząłem wkładać tam po kolei palce. Potem wziąłem drugi...ona położyła się na mnie i tak lecieliśmy przez kosmos. Konstelacje gwiezdne się zmieniały i układały w cudowne twory. Słyszałem dźwięk bardzo dobrej, delikatnej muzyki technicznej, którą mogę odtworzyć w myślach nawet teraz. Dziwiłem się tylko, że nie jest nam zimno, przecież kosmos powinien nas zmrozić w kilka sekund. A. powiedziała, że boli ją jądro(energetyczne chyba, w okolicach podbrzusza), ponieważ wzburzyliśmy energię powietrza...
  • awatar cosmo7: Abstrakcjonizm zmusza do wysilenia skupienia, wyobraźni i elastyczności umysłu. To ja dziękuję, że tak z rana.:)
  • awatar Inkalati: tak z rana, od serca, dziękuje
  • awatar cosmo7: Uwielbiam czytać takie wpisy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Byłem świadkiem swojego pogrzebu. Widziałem jak kwadrat wielkości grobowca wycięty w zielonej trawie dokładnie przymyka miejsce gdzie leżę. Żadnych figurek, płyt nagrobnych, dedykacji, znaków świadczących o tym, że to JA tu właśnie "spoczywam". Jasna trawka i to wszystko. Byłem lekki i zadowolony. Przechadzałem się po mieście, trafiłem nawet do centrum handlowego. Ludzie gdzieś biegli w popłochu (chyba na autobus), dzieci do szkoły, dorośli do pracy - potykali się o siebie, wpadali na się i deptali po sobie...płacz i zgrzytanie zębów. Ja obserwowałem to z wysokości drugiego piętra i było mi żal tych ludzi, ich problemy nie były moimi problemami, nawet samo pojęcie problemu wydawało mi się jakąś przykrą abstrakcją.
 

 
Podróżowałem pomiędzy wymiarami, byłem człowiekiem lasu, szamanem i joginem. Otrzymałem od przyjaciela narzędzie mocy - woskowy talerz z twarzą uśmiechniętego księżyca. Moja gra doprowadziła mnie do punktu, w którym zlecenie zabójstwa nie wiązało się z żadnymi konsekwencjami. Mój umysł ogarniał wszystkie okoliczności i przewidywał możliwe ścieżki postępowania. Obudziło mnie pytanie - PO CO?
 

 
Ukrywałem się przed służbami wewnętrznymi jakiegoś południowoamerykańskiego kraju. Mieszkałem w wynajętym mieszkanku razem z bratem.Gdy przyszli po nas funkcjonariusze, okazało się, że najbardziej zależy im na białym rumaku, który podróżował ze mną. Towarzyszył nam również biały owczarek szwajcarski. Udało nam się zbiec, podczas podróży jednak konia zaatakował rój pszczół (pogryzł mu pośladki). Pociągnął on za sobą mocno psa, który zrobił sobie dziurę w głowie o wystającą bruzdę lodu na drodze. Musieliśmy się ukryć i uleczyć psa, lecz nigdzie nie mogliśmy znaleźć schronienia (nie było lasu). Uciekliśmy w osiedlowe krzaki pośrodku jakiegoś polskiego blokowiska. Wiedziałem, że jesteśmy na widoku i ktoś z mieszkańców może zadzwonić na policję. Pies na szczęście szybko się wylizał (pomogła mu w tym jedynie chusteczka higieniczna) i od razu wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Z czasem porzuciłem swoich towarzyszy, aby znaleźć się z dwoma starymi kolegami na poznańskim osiedlu. Idąc parkiem zauważyliśmy dwa samochody, które za nami jadą. Kiedy przystawaliśmy oni również się zatrzymywali, a gdy zaglądaliśmy do środka to widzieliśmy elegancko ubranych, uśmiechniętych mężczyzn i kobiety. Nic nie wskazywało na niecne zamiary.

W pewnym momencie zostałem sam, a z samochodu wyskoczyło dwóch mężczyzn z indiańskimi tubami do wystrzeliwania śmiercionośnych (lub usypiających) strzałek. Strzelili w moją stronę lecz nie trafili. Dobiegłem do nich i miniaturką indiańskiej tuby zacząłem kaleczyć ich po oczach. Jednak wbijanie tubki w oczy nic nie dawało (nawet przez okulary). Oni z uśmiechem na twarzy nabijali swoje tuby, a ja ich kłułem. W końcu jeden wycelował we mnie i trafił w szyję, a ja zasnąłem.

Gdy się obudziłem, byłem już w więzieniu. Ludzie leżeli po 2-3 osoby na pryczach, mężczyźni i kobiety, chyba prostytutki. Widziałem jak każda z tych kobiet musi znosić obmacywanie brudnych mężczyzn, po kilku naraz. Sądząc po fryzurach były to lata 70-te. Podszedłem do jednej z prycz, oparłem się o jakąś kobietę i spojrzałem na siebie jakbym oglądał film. Miałem wydepilowane brwi w miejsce których miałem namalowaną czarną kreskę, blond perukę do ramion, wytarte dżinsy i na gołą skórę narzuconą kamizelkę. Nie byłem sobą, tylko jakimś angielskim lordem, który trafił tu bo sam tego chciał. Leżałem spokojnie, tak jakbym doszedł do jakiegoś celu.

W tym momencie zrobiło się ciemno i zobaczyłem z lotu ptaka widownię, która właśnie skończyła oglądać ten film w kinie na wolnym powietrzu.
Wszyscy byli bardzo eleganccy, mężczyźni w smokingach, kobiety w sukniach wieczorowych. Politycy, dziennikarze i bogacze.

Ktoś zapytał jakie było przesłanie tego filmu, a ja odpowiedziałem, że podróż pośród materii zakończyła się w więzieniu, i tylko stamtąd miałem okazję odjechać 10 przystanków dalej.
 

 
Leżałem w jednym łóżku z Barrackiem Obamą. Będąc pod kołdrą przeglądałem historyczny komiks, opisujący przebieg II wojny światowej. Byliśmy w napiętym okresie poprzedzającym wybuch wojny z Chinami, dlatego studiowałem różne rodzaje szyfrów. Wydaje mi się, że byłem jego doradcą.

W pewnym momencie przyszedł do nas z wizytą Silvio Berlusconi, pochylił się nad łóżkiem i zaczął rozmawiać z prezydentem USA. Po jego odejściu usłyszałem z głośnika propagandowy głos niczym z kroniki filmowej, mówiący, że groźby premiera Włoch nie zrobiły na naszym wodzu żadnego wrażenia.
 

 
Siedzieliśmy przy drodze na krańcu miasta. Nieopodal przebiegała droga wylotowa w stronę Jarocina, a przed nami rozpościerał się widok osiedla Orła białego.
Przy stoliku - B, A i ja. A wspominała ze wzruszeniem wczorajszą imprezę urodzinową, oraz wspaniały tort (wyglądający jak pół kuli ziemskiej). Mówiła, że spełniło się jej największe marzenie.
Nagle poczułem chęć zasmakowania bitej śmietany z marmoladą. Bitą śmietanę i marmoladę miałem w domu, jednak musiałem zdobyć trzepaczkę. Pobiegłem w stronę osiedla machając do B i K. K mieszka na os. Orła Białego, więc zapewne dlatego tam się pojawił.
Podczas mojego biegu towarzyszył mi mały K - miniaturka, dziecięcy sobowtór dużego. Bardzo szybko jeździł na hulajnodze, dlatego przez jakiś czas wesoło się ze sobą ścigaliśmy.
W pewnym momencie zauważyłem, że biegnę w złą stronę i muszę wrócić do początku i wyruszyć ponownie. Mały K został przy trawniku. Powiedział, że nie chce się dalej ruszać.

Zdobyłem trzepaczkę, która tak naprawdę wyglądała jak siekaczka do cebuli. Zacząłem na oczach B i A ubijać śmietanę. Pomyślałem, że produkcja bitej śmietany to czynność bardzo męska, więc z czasem zacząłem to robić w sposób przypominający stosunek seksualny. Obydwie dziewczyny wyglądały na podniecone, a ja byłem bliski orgazmu, jednak myśl, że jestem na środku ulicy nie pozwalała mi dalej rozwinąć tej fantazji.
 

 
Przyjechałem do Nowego Jorku w późnych latach 60-tych. Zamieszkałem w czarnej dzielnicy, w niewielkiej komunie zamieszkanej przez soulowych muzyków.
Mieszkanie było na ostatnim piętrze zniszczonej kamiennicy, której klatka schodowa była pokryta czarno-czerwonymi malowidłami. Aby wejść do mieszkania trzeba było mocować się z dwiema kłódkami, mającymi chronić mieszkańców przed złodziejami i gangami.
Pierwszego dnia, tuż po przyjeździe, wyszedłem do miasta gdzie spotkałem wielu ciekawych ludzi. Piłem i brałem lekkie narkotyki, ogólnie wesoło spędzałem czas. Gdy wróciłem do domu późnym wieczorem, przywódca klanu - James Brown - oznajmił mi, że w domu panują zasady których łamać nie wolno, a jedną z nich jest wracanie przed dziesiątą.
Następnego dnia, wracając w świetnym nastroju do domu, usłyszałem z oddali nawoływania dwóch otyłych prostytutek, ale nie zrozumiałem za wiele bo to było po hiszpańsku. Wchodząc do góry wyjrzałem na zewnątrz. Na ulicy zaparkowany był ogromny wóz transportowy, z "nalanym" przodem w amerykańskim stylu i drewnianą paką pomalowaną na czarno.
Wiedziałem, że jest bardzo późno. Gdy wszedłem na górę James Brown już na mnie czekał. zaczął na mnie krzyczeć, że łamię zasady i że dalej już tego nie zniesie. W tym momencie zrozumiałem, że on jest tylko oprawcą, a jego autorytet jest nic nie wart. Powiedziałem mu więc, że nie mam zamiaru się podporządkowywać i że oni do szczęścia nie są mi potrzebni, więc mogę w każdym momencie odejść.
W tym momencie wszytko zniknęło, a ja ujrzałem błękitny kolor.
 

 
Siedzieliśmy w naszym domu, przy długim stole. Naszymi gośćmi była grupa prostytutek lub aktorek porno. Moja mama podała na obiad pieczone bułeczki z serem pleśniowym, co mnie trochę zdziwiło.
Innym razem siedzieliśmy z rodziną w naszym starym mieszkaniu w bloku. Zadzwonił domofon, odezwał się człowiek (którego widziałem oczami umysłu) wyglądający jak gangster z lat 50-tych. Powiedział żeby go wpuścić. Kiedy go zapytałem jaki jest powód jego wizyty odparł, że to nie jest ważne - reprezentuje 10 lub 15 firm i zarabia na tym, że mówi, a my zarabiamy wtedy gdy go słuchamy.
Stwierdziłem, że to ciekawa forma współczesnej reklamy ale i tak go nie wpuściłem, wolałem iść na spacer po wydmach.
 

 
byłem w centrum handlowym. przechadzałem się pomiędzy dobrze mi znanymi miejscami gdy nagle podszedł do mnie nieznany mężczyzna i wręczył płytę z najnowszym filmem jednego z braci coen (wersji tej jeszcze nikt wcześniej nie widział). film był o białym ratlerku reżysera, ale barwy w filmie zostały ograniczone do odcieni koloru ciemnoniebieskiego. pózniej byliśmy w rosji. ja i moi znajomi poszliśmy na wielką imprezę, która odbywała się w piwnicach starego, komunistycznego kina. wszyscy strasznie krzyczeli, cieszyli się i ja też, jednak podczas imprezy znalazłem na podłodze zadeptanego ratlerka, którego wcześniej widziałem na filmie i który był pieskiem reżysera.
kiedy go wziąłem na ręce okazało się, że ratlerkowi wyrosły długie, białe włosy.
 

 
grałem o życie w prostej grze, jakby komputerowej. wchodziłem do labiryntu poprzez właz w ziemi. poprzez szereg wąskich przejść musiałem znaleźć drogę wyjścia na powierzchnię. za każdym razem organizatorzy zabawy wysyłali człowieka-kreta, który był zawsze szybszy ode mnie i kasował moje życie. miałem 15 prób, a ostatnią z nich miałem odbyć w swoim domu, w zamkniętym osiedlu na przedmieściach paryża.nie wiem czemu, ale nie czułem strachu, a raczej byłem rozbawiony tym faktem.
 

 
bardzo chciało mi się siku w nieznanym włoskim mieście. wysoka kamienica, zaniedbana, sypiące się ściany, wchodzę do toalety na czwartym piętrze i okazuje się, że nie ma tam muszli. nic, nawet dziury w ziemi, tylko niebieskie foliowe worki do śmieci. otworzyłem go więc i zrobiłem do środka, miałem w sobie tak dużo moczu, że napełniłem go prawie do końca. po przebudzeniu musiałem zrobić to samo jeszcze raz.